Treningi nocą mają swoje plusy i minusy. Wracając po pracy już w trakcie powrotu układam plan gdzie będę dzisiaj pędził na trening, który kierunek obrać aby pasował do etapu treningowego. Gdy już jestem na swoim rowerze i muzyka w uszach podpowiada mi że "jesteś naładowany energią" zaczynam mknąc na przód rozcinając powietrze. Wszystko idzie dobrze ale już po niecałej godzinie zaczyna zapadać noc i już nie jest tak pięknie jak w pełnym słońcu na wzgórzach. Teraz jadąc w dość chłodne wieczory trzeba pamiętać o naładowanych akumulatorkach aby lampka świeciła dobrze i mocno. Na części trasy lampy tworzą aleję którą mknę po pagórkach i równościach ale w końcu kończy się aleja gwiazd i zaczyna czarna ściana nocy. Idzie nawet całkiem dobrze, trzeba tylko pamiętać aby nie najeżdżać na pobocze i pilnować kierunku jazdy. Kominiarka i okulary do jazdy nocą wspierają górną część ciała i jest fajnie. Ale najtrudniej i najgorzej jest przy nieoświetlonych drogach przy zjazdach w dół. Tam właśnie gdzie mogę wykorzystać nachylenie terenu i mknąc jak najszybciej to muszę hamować. Prędkość w połączeniu z mrokiem oraz zakrętami stwarza niebezpieczeństwo wylądowania w rowie więc trzeba hamować. Trudno że trzeba hamować, bezpieczeństwo najważniejsze. Tempo na 1km niestety spada do 2:40min ale trening jest. No niestety ale muszę trenować i w takich warunkach i dążyć do wyznaczonych celów. Już za kilka dni będzie weekend i wtedy trening w środku dnia przyniesie witaminę D :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz